logo
Szukaj
open close
logo
Szukaj
Szukaj

Survival – Realna Kuchnia – oczami Ajwen

Survival – Realna Kuchnia – oczami Ajwen

iwona-wierzbicka-realna-kuchnia-survivalowa-mini-31.jpg

Ostrzegam, że opis może być drastyczny i odstręczający dla innych. Proszę nie czytać jeśli obawiasz się, że możesz być zbulwersowany, zdegustowany, zniesmaczony i możesz mieć koszmary senne.


Iwona Wierzbicka - realna kuchnia surviwalowa mini
Ostatnio opisywałam swoje uczestnictwo w warsztatach Dzika Kuchnia z Łukaszem Łuczajem gdzie poznałam co w okół nadaje się do jedzenia i choć wielu nazw nie zapamiętałam to jednak od tamtego czasu widzę jedzenie w okół siebie. Robak czy roślinka nadają się do zjedzenia, nie wszystkie ale wiele i po pierwsze jest to świetne uzupełnienie codziennego menu (no może nie robaki), ale rośliny tak: mniszek, podagrycznik, świeże, młode listki niektórych drzew, pokrzywa, barszcz, chrzan, dziki szczaw. Po drugie – ta wiedza może uratować lub przedłużyć życie w sytuacji kryzysowej. Wiadomo, w domu nie siedzę, często spędzam czas w terenie. A poza tym nigdy nic nie wiadomo w jakiej sytuacji przyjdzie nam się znaleźć. To był również powód dla którego wzięłam udział w kolejnej przygodzie Survivalowa Realna Kuchnia (survivaltech.pl). Powodów było więcej:

  • wiem, że mięso nie robi się w markecie, mięso to część żywego zwierzęcia, które ktoś musi zabić i przygotować do spożycia
  • chęć sprawdzenia się w sytuacji kryzysowej
  • chęć poznania tego prawdziwego oblicza człowieka, wywodzimy się od ludów zbieracko – łowieckich
  • ciekawość – jak sobie poradzę, jak zareaguję – łatwo pójść do sklepu kupić zapakowane kotlety na plastikową tackę

Wiedziałam jaki jest program, że będą zagadnienia związane z biciem zwierzyny, rozbiorem tuszy, polowaniem, przyrządzaniem mięsa, konserwacją itd. Czyli coś więcej niż, którą roślinkę da się zjeść. Wiadomo, że na roślinach ciężko jest przetrwać w lesie. Na roślinach i owocach łatwiej, ale owoce są tylko o określonej porze roku. Mięso i tłuszcz dają najwięcej energii. Chodzi o to by małym nakładem energii zjeść coś co da sporo wartości odżywczych. Zwierza można ukraść, można upolować na wnyki, można pozbierać robaki (oczywiście mówimy o sytuacjach kryzysu bo kłusownictwo i kradzież są zakazane). Mięso daje energię na długo, można je zasuszyć i zabrać ze sobą. A rośliny?!? Kto się nachodził za roślinami wie jak to jest, cały dzień chodzisz i niewiele pojesz, a i na tzw. jutro nie weźmiesz bo zwiędnie. Natomiast jedno polowanie to nawet kilka dni jedzenia.

Pierwotny człowiek sporo się musiał nakombinować by móc coś zjeść. Przy tym tracił energię na marsz, zasadzanie się i polowanie. Współczesny człowiek niestety (przepraszam za określenie) nic nie robi, siedzi na tyłku i co chwilę coś je, a po zwierzynę chodzi do marketu. Przy tym przegryza wysokoenergetycznymi przekąskami i napojami co podnosi mu cukier i zniewala. Cukier daje szybką i na krótki czas energię. Jak go zabraknie – głowa nie pracuje. Mięso i tłuszcz to wolna i długa energia, ale współczesny człowiek zatracił zdolności korzystania z kwasów tłuszczowych (blokuje je insulina, która jest odpowiedzią na wysoki cukier we krwi po zjedzeniu węglowodanów).

Wg mnie idealnie skomponowana dieta to – od największego udziału:

  • tłuszcz zwierzęcy
  • mięso i podroby
  • owoce (dojrzałe)
  • zielenina (zioła, liście, kwiaty)
  • miód (plastry miodu, nieoczyszczone, z woskiem)

Oczywiście w życiu ciężko jest zastosować takie proporcje dlatego, że nie mamy dostępu do dobrego, naturalnie żywionego mięsa, nie lubimy tłuszczu, źle trawimy tłuszcz i mięso z powodu zaniku enzymów i zmniejszenia zakwaszenia żołądka (efekt diety, chemii i leków). Kolejna kwestia to indoktrynacja: piramida żywienia, w biblii było o mannie, chleb to ciało boże, nabiał daje nam wapń, a witaminy są tylko w roślinach.

  • Wiecie gdzie jest najwięcej witamin? – w organach zwierząt!!
  • Gdzie jest najwięcej cennego cholesterolu? – w mózgu
  • Gdzie jest cenny selen? – w nerkach
  • Gdzie jest wapń? – w kościach
  • Witaminy z grupy B? – w wątrobie

Relacja

Iwona Wierzbicka - realna kuchnia survivalowa mini 2Dotarliśmy do lasu, zostawiliśmy samochody i poszliśmy kawałek do obozowiska. Obozowisko to właściwie ognisko i ławki pod starym spadochronem. Gdzie namioty? Pytałam się w myślach… W prawdzie coś było w programie o budowaniu schronu, ale że jak na szkoleniu z żywienia? Słucham wykładu Kuby (Jah Maya) o żywieniu, o paleolicie, neolicie, no tego co wiem bo tak mówię, ale ja nie tak hardcorowo, że na surowo…

Polecam:

Dużo wiem, rozmyślam i czekam na działanie, a tu nagle słyszę „meeee”. K… to moje jedzenie wydaje dźwięki?!? W sumie wiele na śniadanie nie zjadłam, lekkie ssanie w żołądku, a tu najpierw trzeba zabić?!? Ale jak to zabić? Boże!! Chcę do domu!

Poszłam do leśnej toalety i zobaczyć mój obiad, a tam jeszcze króliki i kury. Matko boska!! Jak takie ładne króliki mam zjeść? W sumie to nie lubię ani jagnięciny, ani królika, ani drobiu. Lubię wołowinę i wieprzowinę, a najbardziej tą podaną na talerzu pod nos, bo w sumie to nie bardzo lubię zapachu mięsa.

Praktyka

Wykład nie trwał długo i przyszedł czas na praktykę. Kto wciąż czyta w tym miejscu może zakończyć czytanie.

Pierwsza była owca. Dla mnie widok straszny, ale nie możemy myśleć w obłudzie, że zwierzęta w jakiś cudowny sposób trafiają na nasze stoły. Niestety takie jest życie. Filmy przyrodnicze, w których tygrys poluje, rozszarpuje gardło zawsze powodowały uczucie smutku i żalu, ale przecież ktoś kogoś zabija by inny mógł żyć, taki jest łańcuch pokarmowy. Całą sytuację potraktowałam na zasadzie: „to jest mój pokarm”. Chciałam stamtąd uciec!!

Po zabiciu owcy podstawione zostały pojemniki na krew, którą następnie każdy spróbował. W smaku lekko słona, smaczna, jak rosół. W sumie przecież każdy kto je kaszankę zjada krew. Czy może nie wie o tym? Nie zdaje sobie z tego sprawy? Żeby mieć krew do kaszanki trzeba ją upuścić ze zwierzęcia kiedy serce pracuje. Zupa czernina? – tradycyjna polska zupa.

Następnie przystąpiliśmy do rozbioru tuszy. Po wyciągnięciu żołądka i jelit można było obejrzeć wszystkie narządy. Każdy dało się łatwo rozpoznać. Oddzieliliśmy tkankę tłuszczową – łój barani jest cennym źródłem energii i można go wykorzystać do produkcji pemmicanu (suszone mięso zmieszane z łojem, dawniej przygotowywane przez Indian). Każdy narząd po kolei był spożywany na surowo: serce, nerki, wątroba. Płuca jako jedyne nie. Cofkę miałam jedynie na nadnercza, które udało się wydobyć ze złogów tłuszczowych. Zjadłam je surowe bo sama mam problemy z tarczycą. Wiadomo, kto ma kłopoty może nabyć suplementy ze sproszkowanymi nadnerczami czy tarczycą świńską. Niestety w Polsce nie dostępne, ale w USA są na receptę jako leki i wersje bez recepty jako suplementy. Nadnercza to malutki narząd endokrynny nad nerkami, zatopiony w tłuszczu. Cofkę miałam, bo tam było sporo resztek tłuszczu i innych włókienek, których nie dało się pogryźć więc utknęło mi w gardle. Nadnercza po przegryzieniu oddały jakiś płyn co wszystko razem spowodowało odruch wymiotny, ale udało się zatrzymać.

Później przyszedł jeszcze czas na wyssanie oka, szpiku kostnego i wyjedzenie mózgu z czaszki. Oko to taka smaczna galaretka, na prawdę dobre. Mózg to sporo zdrowego cholesterolu, w smaku słodkawy. Każdą z tych rzeczy można zjeść w restauracji za „grube” pieniądze, a tu jedliśmy na łonie natury. Jeszcze postu nie opublikowałam, a na FB wrzy od oburzenia.

Skąd się bierze kotlet schabowy w markecie? a suszona szynka, gicz wołowa, kabanosy, kaszanka? Pewnie niektórzy myślą, że się cudownie objawiają na marketowych tackach.

Po owcy przyszedł czas na króliki i kury. Kto jest ze wsi to wie jak jest. Kiedyś kupowało się kury tylko żywe i zabijało tuż przed zjedzeniem, a królik to jedno z delikatniejszych mięs, które często jest jedzone przez dzieci. Królika bardzo łatwo się skóruje i wyprawa z wnętrzności, można go nabić na patyk i usmażyć nad ogniskiem. Skubanie kury to z kolei żmudna robota, aj podziwiam gospodynie wiejskie.

Proces rozbioru mięsa zakończył się około 16:00. Sporo musieliśmy się zatem napracować by móc wreszcie coś zjeść. W trakcie rozbioru trochę posililiśmy się surowizną, ale już na pieczone trzeba było poczekać. Mięso rozwiesiliśmy nad ogniskiem, część się piekła na ogniu, część nieco wyżej wędziła się, natomiast z głów, kopyt, niektórych kości, części podrobów powstawał w wielkim garze salceson, który miał stężeć do galarety. Bogactwo składników odżywczych. Nic się nie zmarnowało.

Niektórzy zarzucają „co to za survival jak są garnki”. Ale czy musimy to rozpatrywać jako twardy survival? Nauczyłam się na prawdę wielu rzeczy na tym szkoleniu i takich stricte survivalowych, zwiększających szansę przetrwania gdybym nie miała dachu nad głową i sklepu za rogiem, ale również obchodzenia się ze zwierzęciem i jego obróbki, gdybym postanowiła że zostanę samowystarczalnym farmerem, zaprzestając zaopatrywania się w przemysłowe mięso, które hodowane jest w fatalnych warunkach i podobny sposób zabijane. Szkolenie nauczyło mnie również szacunku do istot żywych. Szanuj swoje jedzenie, powinno być najwyższej jakości, jedz tylko tyle ile potrzebujesz. Kiedy się napracujesz by zdobyć pokarm bardziej go docenisz. Zabijaj tylko wtedy kiedy masz potrzebę bo jesteś głodny. Nie marnuj żadnego kawałka żywności. Wykorzystując wszystkie części zwierzęcia – będziesz mniej zabijał.

Wiele osób żyje w hipokryzji, burzy ich to szkolenie, to że zabite zostały zwierzęta, to że jedliśmy na surowo. Mięso ze sklepu też żyło, kiełbasa suszona, dojrzewająca – to też surowe mięso, kaszanka – to krew, a w parówce – też jest wszystko (czasami zwierzę w całości). Wielu ludzi je dla przyjemności, dużo, często. Produkujemy tony śmieci, odpadów, jemy ponad to co potrzebujemy, nie obchodzi nas los zwierząt na przemysłowych farmach.

Czego jeszcze doświadczyłam?

  • Nauczyłam się jak się ostrzy nóż, nie należy tego robić pociągając lecz pchając niejako pod prąd, czyli przeciągamy nóż od góry do siebie ostrzem, w ten sposób zapobiegamy zbieraniu się resztek na ostrzu, co może zmniejszać jego ostrość. Tyle samo razy należy pociągnąć na każdej ze stron. Ostrzymy najpierw na grubszym ziarnie, np. na 300 a później polerujemy na 600 lub 1000. Możemy ostatnie polerowanie zrobić na kawałku skóry.
  • Nauczyłam się rozpalać ogień, zarówno przy pomocy mojego krzesiwa, które mam dołączone do noża (mam a nie wiedziałam jak tego użyć), jak i przy pomocy krzemienia i zwęglonej tkaniny oraz krzemienia i wygotowanej z sodą oczyszczoną huby. Najlepszymi materiałami do rozpalania są suche trawy, kora cisu oraz papierowa kora z brzozy. Rozpalenie ognia dało mi niesamowitą radość. Cieszyłam się jak dziecko na zabawkę.
  • Podpatrzyłam u chłopaków kilka fajnych gadżetów, np. składane piły, pokrowce wodoodporne na śpiwór, hamak, który chroni przed leżeniem w kałuży podczas deszczu.
  • Poznałam cudownego grzyba: Chaga czyli błyskoporek podkorowy (inonotus obliquus), który można znaleźć na brzozie, potocznie nazywany nowotworem brzozy. Chaga zawiera kwas betulinowy, który jest przez niego wysysany z brzozy, a który ma silne działanie antynowotworowe. Można go zbierać, suszyć, a następnie przygotowywać herbatę (napar). W smaku cierpko – słodki.
  • Zrobiłam chłopakom herbatę z mniszka, którą odkryłam na warsztatach u Łukasza Łuczaja.
  • Nauczyłam się robić schron, szałas pod którym można spać i schronić się przed deszczem. Potrzebne są do tego trzy większe badyle i sporo gałęzi z igłami. Układamy je tak by woda mogła po nich spływać. Po raz pierwszy spałam na dworze, przy ognisku, pod schronem z gałęzi, a do tego w nocy przyszedł deszcz, który na moje nieszczęście padał z niewłaściwej strony, czyli prosto do szałasu. Najpierw nie mogłam zasnąć bo szeleściło ognisko, później bo chłopaki chrapali, a ja zapomniałam zatyczek, jak już zasnęłam to obudził mnie padający na twarz deszcz, ponakrywałam się wszystkim co miałam i postanowiłam, że będę się martwiła rano. Nie ukrywam – miałam myśli „pójdę spać do auta, pójdę do szefostwa – mają lepszy dach nad głową, boże co mnie podkusiło żeby tu przyjechać, miał być relaks, a jest hardcore”. Ledwo oczy zmrużyłam – usłyszałam „Iwona!! wstawaj” – to była moja kolej pilnowania ogniska (każdy miał swój dyżur). 5 rano pobudka! Kałuże dookoła, mokry śpiwór, mokry tyłek bo śpiwór przemókł). Też mi przygoda pomyślałam sobie. Dobrze, że przed spaniem dowiedziałam się że zasada jest taka, że buty zawsze wkładamy do śpiwora, po to by były ciepłe, nie zamokły, a jak są przepocone to pod wpływem ciepła ciała które ogrzewa wnętrze śpiwora – odparują (śpiwór jest oddychający). Patrzyłam z zazdrością na chłopaków, którzy mieli pokrowce wodoodporne na śpiwory.
  • Nauczyłam się robić wnyki na zwierzęta. Oczywiście to jest nie legalne, ale warto mieć taką umiejętność by sobie poradzić w sytuacji kryzysowej.
  • Poznałam jadło, które warto zabierać na wyprawy: pemmican, świeże daktyle oraz plastry miodu. Suszenie mięsa to jedna z lepszych form konserwacji żywności. Takie mięso ma bezterminowy okres spożycia.
  • Jadłam chrząszcze majowe. Potrzęśliśmy drzewem, pospadały, więc pozbieraliśmy i uprażyliśmy na ogniu. Smakują jak czipsy. Może zamiast zwalczać szkodniki w ogrodzie lepiej je zjadać 🙂
  • Nie zjadłam!! Półrocznego mięsa renifera, które „chodziło” Kubie w słoiku. Otwarcie słoika to było jak uwolnienie dżina :)) jezuuu co za smród. A podobno to najlepsze z najlepszych żywe kultury bakterii, to taki paleolityczny jogurt 🙂 No nie dałam rady.

Aktywność fizyczna

Jako jedyna dałam się namówić na tzw. poranny rozruch. Teren to taka naturalna siłownia, wszystko może być sztangą czy maszyną do treningu. Na terenie toru kładowego, który znajdował się w pobliżu znaleźliśmy z Kubą beczki, kamienie, opony. Było kilka stacji, trening obwodowy, po 20 sekund każda stacja i 10 sekund na przejście pomiędzy:

  • przysiad i podniesienie kamienia, wyprost nóg i uniesienie kamienia nad głowę
  • squat thrust z wyskokiem
  • przeskoki bokiem przez oponę
  • przerzucanie opony (dużej i ciężkiej)
  • wskoki do opony
  • rzuty kamieniem podchwytem z dołu do góry i nachwytem z nad głowy (z góry do dołu)
  • rzut jednorącz oponą
  • wbieg na górę po piachu

Zdyszałam się, ale taki trening to 5-10 minut, a power na cały dzień, do tego ogólnorozwojowy. Można właściwie wszystko wykorzystać co jest w okół nas, drzewa, kamienie, nierówności terenu. Trochę chęci, pomysłowości i trening gotowy.

Po survivalu

Iwona Wierzbicka - realna kuchnia survivalowa mini 4Nie myłam rąk 2 dni, rozbierałam nimi mięso, jadłam swój pokarm, wycierałam o podłoże, budowałam szałas, podkładałam do ogniska. Najlepszy sposób „mycia” rąk – to pocieranie ziemią lub piaskiem. O higienie, a może jej braku i odporności już pisałam przy okazji posta o rowerku. Przy okazji zacięłam się nożem ze dwa razy. Zawsze można przyłożyć babkę lancetowatą – działa odkażająco na rany. Przez dwa dni w przeciwieństwie do współtowarzyszy nie odczuwałam braku cukru, raczej jestem już zaadaptowana do takiego pokarmu i czerpania z niego energii, mój metabolizm świetnie sobie radzi na kwasach tłuszczowych. Chłopaki w pierwszy dzień dosłownie rzucili się na miód i daktyle, które miał ze sobą Kuba. Mnie najbardziej brakowało KAWY!! Widzę jakie uzależnienie od cywilizacji we mnie siedzi. Zaczęłam tęsknić za swoim łóżkiem, ciepłem, prysznicem ale najbardziej za kawą. Po wyjechaniu z lasu – pierwsze gdzie pojechałam?!? Do Mc :)) ale nie na hamburgera, zadałam sobie trud by objeździć Częstochowę poszukując słów kluczy „Mc Cafe”. Ręce myłam 5 razy i wciąż leciał brud…. Włosy, twarz, ciuchy… wyglądałam jak bezdomny, który przyszedł się najeść. Te spojrzenia ludzi, to była niedziela, maj, komunie, odświętni biesiadnicy w fast foodzie. Z wielką rozkoszą wypiłam podwójne espresso i zjadłam ciiii ciastko czekoladowe. Jadąc do domu marzyłam o kolejnej kawie, o prysznicu i o dziwo…. zaczęłam planować kolejne survivale, tym razem podstawowy i zaawansowany – z technik przeżycia w terenie.

Po dotarciu do domu wypiłam kolejną kawę, stałam pod prysznicem 30 min, wszystkie rzeczy poszły do prania bo wszystko śmierdziało capem… nawet mój mocz, teraz rozumiem dlaczego śmierdzimy dla innych nacji, pewnie na codzień śmierdzimy kurczakiem, wieprzem lub wołem, ale nie czujemy tego bo to nasz powszechny pokarm. No i sprawdza się powiedzenie jesteś tym co jesz, albo tym co twój organizm zrobi z tym co zjadłeś.

Później pojechałam jeszcze do restauracji na wino, warzywa, inne mięso niż baranina i sałatkę owocową. Jak mi brakowało zieleniny!! Ajjj jak ja lubię moje życie. Docenia się to co ma po tym jak się wróci z „innego świata”.

Galeria poniżej

Uwaga – ważne informacje, przeczytaj zanim zastosujesz lub skopiujesz.

Galeria Foto

więcej zdjęć: http://www.survivaltech.pl/galeria/realna-kuchnia-survivalowa-maj-2015 (należy skopiować link i wkleić w przeglądarce)

Autor

Podobne tematy

Ciężko we Włoszech być na diecie – narty 2015

Tym razem naszą rodzinę zawiało do doliny słońca – Val di Sole. Narty… rodzinnie. Krzyś zaczynał przygodę narciarską w wieku (…)

WIĘCEJ >

Przemyślenia Ajwen – Harmonia

Nadmiar ambicji i pracy często idzie w parze z zaniedbaniem rodziny i przyjaciół. W życiu ważne jest poczucie szczęścia, spokoju wewnętrznego. To taki stan w którym masz wrażenie, że niczego nie musisz, znasz swoją wartość...

WIĘCEJ >

Paleo jadłospis 19-07-2014 podróż

Położyłam się spać prawie o 3:00 a wstałam o 6:00. Trzy godziny snu, kiedy wczoraj spałam 5 i przed wczoraj (…)

WIĘCEJ >

Paleo jadłospis 18-07-2014 przygotowanie do Włoch

Jest 1:00 nad ranem 19-07-2014 a ja siadam do posta. Czuje się zobowiązana, patrząc ilu z Was śledzi mnie na (…)

WIĘCEJ >

Komentarzy: 9

  1. gołąb 12 maja 2015 o 17:45

    Jedna jest kwestia, że błyskoporek podkorowy znajduje się w Polsce pod ścisła ochroną. Natomiast w żadnej naukowej publikacji nie potwierdzają działania antynowotworowego.

    • Bandit 12 maja 2015 o 19:26

      Gdyby potwierdzili to byłby kop w jaja dla całego przemysłu farmaceutycznego, dlatego nie potwierdzą, nawet jeśli takie ma. I niech się znajduje nawet pod dwoma ochronami, mnie to nie interesuje 🙂

    • Iwona Wierzbicka 12 maja 2015 o 20:57

      Raczej pod ochroną częściową „W ramach ochrony częściowej dopuszcza się (po uzyskaniu stosownego zezwolenia) pozyskanie części osobników ze względu na ich przydatność w gospodarce. Tyczy to zwłaszcza pozyskiwanych z natury gatunków leczniczych.”

  2. Mruk 13 maja 2015 o 11:54

    Dobrze, że nic się nie zmarnowało 🙂 ale niestety zabijanie zwierząt coraz bardziej mnie denerwuje, więc chyba pomyślę nad jak największym udziałem zieleniny w mojej diecie.

  3. Zaczytana 16 maja 2015 o 02:38

    Czy ta szkółka która robi szkolenia ma odpowiednie certyfikaty? Picie krwi w takiej postaci jest niezwykle szkodliwe z uwagi na to że ludzki organizm nie posiada enzymów które mogłyby strawić krew. Czy ktoś czuwał nad waszym bezpieczeństwem? Już pomijam fakt że jedząc zwierzynę nieznanego pochodzenia oraz gotując mięso w takich prowizorycznych warunkach możemy zarazić się jakimś pasożytem.

    • iTato 16 maja 2015 o 22:18

      Certyfikat to ty dostajesz. Od kiedy zmieniły się przepisy de facto, każdy może prowadzić takie zajęcia. Ot taki kraj.

    • Kotlattep 22 czerwca 2015 o 10:37

      To już nie jet „szkółka” tylko poważna firma zajmująca się szkoleniami od wypraw, osób prywatnych aż do operatorów Polskich jednostek specjalny. Jedyna w Polsce działa z ramienia Międzynarodowej Federacji Outdoorowej.

  4. iTato 16 maja 2015 o 22:17

    W temacie survivalu polecam również książkę „Przygotowani przetrwają. Miejski survival” – też jest nieco o jedzeniu w rozdziale 3, jak i 4. Można już kupić na Warszawskich Targach Książki, w księgarniach będzie od wtorku.

  5. Piotr 19 czerwca 2015 o 07:55

    Zapisałem się na to szkolenie – to będzie już moje drugie szkolenie z chłopakami z survivaltech. Bardzo dobra relacja – nie za bardzo wiedziałem czego oczekiwać po tym spotkaniu, teraz z jeszcze większą satysfakcją wybiorę się na nie. Po co? Wystarczy, że zabraknie prądu, lub ruscy wjadą jak do siebie – trzeba wtedy zabierać BOB’a (plecak awaryjny z szafy) i zabrać rodzinę do lasu. Mając odrobinę przygotowania i umiejętności po prostu można przeżyć – a Ci krzykacze – szkoda słów … po prostu nie odnajdą się w sytuacjach ekstremalnych, kryzysowych i awaryjnych. Moim zadaniem jest przeżyć. Kupując artykuły w sklepie nie nauczysz się jak sobie poradzić… ale możesz się tego nauczyć i swoje dzieci też. Pozdrawiam. Piot

Pozostaw komentarz

Trzeba się zalogować, aby dodawać komentarze.

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl