logo
Szukaj
open close
logo
Szukaj
Szukaj

Dziennik Ajwen: Rugia 2015 – relacja z wyprawy rowerowej

Dziennik Ajwen: Rugia 2015 – relacja z wyprawy rowerowej

rugia-dzien-2-24.jpg

Rugia – dzień 1

Wyjechaliśmy o 3.00 licząc, że w nocy ruch na autostradzie A4 jest mały. Niestety był duży, a do tego zrobił się korek. Pospałam w aucie… Dalsza część trasy bezproblemowa.

Do Stralsund dotarliśmy około 11.00. Zanim się przepakowaliśmy z bagażnika do przyczepki i uzbroiliśmy rowery w sakwy, minęło z 1,5 godziny. Jednak już na wstępie okazało się, że hol dla Krzycha nie daje rady, bo młody jest za ciężki i wypina się kierownica. Oczywiście wróżyło to już problemy. Do tego w ciągu roku zdążyłam zapomnieć, jak to jest mieć tak zapakowany rower. Cały się trząsł i nie potrafiłam jechać prosto. Pamiętam naszą pierwszą wyprawę z sakwami na Bornholm. Powywracaliśmy się i nie raz zjechaliśmy z trasy w krzaki. Początki nie są łatwe, jak dla mnie były niespodziewanie trudne. To nasz trzeci sezon z sakwami, więc mam już doświadczenie w sterowaniu takim krążownikiem szos.

Niespodzianki

Przy wjeździe na wyspę pierwsza niespodzianka– podnoszona jezdnia (takie obrazki znam z amerykańskich filmów). Chwilę dalej pierwsze fochy Krzycha:

– Kiedy będziemy na wakacjach?
– Krzyś, ale to są wakacje – cały dzień będziemy jeździć, a wieczorem kemping.

Później już stale: „Bolą mnie nogi”, „Chcę przerwę” (to nic, że był postój był dwa kilometry temu), „Chcę na wakacje”, „Chcę na kemping”, „Daleko jeszcze?” – to pytanie padało co dwie minuty.

Kolejna niespodzianka – mapa wyspy, przebieg trasy i rozkład kempingów. Pierwszy kemping jest tak daleko, że bez holu raczej śpimy w polu na dziko. Ale nie traciliśmy wiary.

Niespodzianek ciąg dalszy – stale jedziemy pod wiatr, w dodatku miały być klify, a są pola i smród. Pierwszy dzień Rugi zapamiętany: „Rugia smrodem stoi”. Ten smród to gnojownik. Po drodze mijaliśmy dwa takie składowiska.

Kolejna niespodzianka – nie wszystkie trasy rowerowe mają wyznaczone ścieżki, niektóre idą po drogach szybkiego ruchu. Niestety, drogi rowerowe często są za wąskie na naszą przyczepkę. Pomimo nie najlepszego pierwszego wrażenia, jakie zrobiła na nas wyspa, nastroje dopisują. Pogoda piękna.

Koszty dla ciekawskich

Kemping to koszt około 25 euro za naszą trójkę z namiotem. Browary w sklepie kempingowym: 3 sztuki plus 1,5 l sok – 5,50 euro. Piwo w knajpie –3,50 euro. Dostęp do szybkiego wi-fi bez ograniczeń – 2,50 euro. Jak widać, ceny w sumie nie przerażają (jeśli nie stołujemy się w barach).

Zabraliśmy ze sobą z Polski: jaja, boczek, kabanosy, warzywa,
zawekowane leczo, suszone owoce, pastę kokosową i ocet jabłkowy. Ajwen kawoholik ma nawet sypaną kawę i kawiarkę do zaparzania.

Dzisiaj zrobiliśmy ponad 40 km, z czego Krzych o własnych nogach 30 km, a 10 km z holem. Udało się go tak obniżyć, że przednie koło jedzie po drodze, dzięki czemu jest stabilnie. Zatem Mama Ajwen to lokomotywa co dyszy i sapie, a pot z niej spływa :). Z holem, ciężkim, wiercącym się i nadąsanym Krzychem oraz czterema sakwami nie trudno nie zjechać z wąskiej ścieżki
w krzaki. A jaki to trening nóg! Na koniec zjadłam leczo, wypiłam piwo i popatrzyłam na zachód słońca.

Fotogaleria – dzień 1

Rugia – dzień 2

rugia dzien 1 (2)

Wieczorem było tak zimno, że spod prysznica czmychnęłam w dresie i kurtce prosto do namiotu schować się w śpiworze. Noc była lodowata. Letni śpiwór nie dał rady, musiałam dodatkowo ubrać dres. Z kolei poranek już o 7.00 powitał nas upałem. Natomiast o 9.00 było tak gorąco, że trudno było spakować namiot i ekwipunek, bo temperatura w namiocie sięgnęła 40°C. Poranek minął miło – kiełbaski, kawa z kawiarki i chodzenie boso po trawie.

Skorzystałam ze słońca, by podładować baterie. Przy okazji mogę polecić: najlepszy panel słoneczny, jaki do tej pory miałam, to rozkładany 24W (4 panele) Xtorm. Ładuje dość szybko. Tani niestety nie był – kosztował około 800 zł – ale wiele tanich badziewi wyrzuciłam już do kubła. Najlepszy powerbank to Mi 16 tys. mAh z dwoma szybkimi wyjściami na dwa urządzenia. Dzięki temu nawet przez 2–3 dni bez słońca wciąż mam telefon i nawigację.

Niespodzianek ciąg dalszy – dzisiaj były pola, pola, pola, masa kombajnów i wielkich traktorów John Deer. Niespodzianką jest to, że Rugia zaprasza na rower i wprawdzie oznakowanie jest świetne, ale trasy wcale nie przebiegają nad morzem (tyle co widzimy po dwóch dniach, jadąc zachodnim wybrzeżem). Jeśli są w lesie, to drogi są tak wąskie, że nie mieści się na nich przyczepka (czas kupić jednokołową – nowy wydatek). Część tras biegnie po prostu po głównych drogach z sympatycznym znakiem:
„Uwaga, duży ruch”. I co mi po takim znaku, skoro jadę z dzieckiem i przez 15–20 km mam zawał serca.

Strajk

Dzisiaj był taki dzień, że zastrajkowałam po 32 km.

Upał, stale pod wiatr, widoki – pola, kurz z kombajnów, marudzenie Krzycha: „Bolą mnie nogi”, „Bardzo bolą”, „Chcę na hol”, „Już nie chcę na holu”, „Nie kocham cię, mamo”, „Kiedy dojedziemy”… W dodatku 12–15 km po głównej, bardzo ruchliwej drodze z Krzychem na holu i z zawałem serca, a do tego w pełnym słońcu. Miałam wrażenie, że dostaję udaru słonecznego, a w ustach było gorzko.

Jak tylko dojechaliśmy do miasteczka portowego Schaprode, skąd pływają statki turystyczna na wyspę Hiddensee, a gdzie był pierwszy z opcjonalnych kempingów, bo następny miał być za 26 km (czyli dystans prawie 60 km), powiedziałam NO WAY! Najpierw 15 min dochodziłam do siebie, leżąc na ławce w porcie, a później wypiłam w knajpie 0,5 l browara na raz. Wróciłam do żywych, później włączył się apetyt i zjadłam nieprzyzwoity posiłek.

Po trzech godzinach mogłam ruszyć się z miejsca. W Schaprode jest kemping. Niestety, okazało się, że miejsc brak…

Na szczęście znalazło się na jeden namiot. Poszłam nad morze – śmierdzi jak gnojówka, jest spokojne i płytkie jak jezioro. Tekst Krzycha, mijając toalety, bezcenny:

„Chłopacka, czyli męska, a nie dziewczynęcka”.

Motywacja

Mocząc nogi w morzu, podsłuchałam rozmowę dwóch siedmio-, ośmiolatek. Jedna motywowała drugą, siedząc na desce surfowej. To było takie piękne, że stałam zahipnotyzowana. Taka młoda a taka mądra życiowo: „Es gibts nicht was man nicht lernen kann”. „Nie ma takich rzeczy, jakich się nie można nauczyć. Jeśli bardzo chcesz i próbujesz, i próbujesz, to się nauczysz. Wszystkiego się można nauczyć i choć wydaje się to trudne, to kiedy próbujesz – w końcu się nauczysz, a później już jest łatwo – brzmiała część rozmowy.

Proste! A wielu ludzi tak szybko się poddaje, za szybko. Każda droga rozpoczyna się od pierwszego kroku, a nim się nauczysz poruszać w tym czymś nowym (nowej pracy, nowej rzeczywistości, nowym związku, nowym życiu) kilka razy się porządnie przewrócisz. Kto się nie przewróci, ten się nie nauczy, a im bardziej boli, tym lepsza nauka.

Jedzeniowo: rano kiełbaski, na trasie suszone morele, figi, daktyle, no i lody. Późnym popołudniem kotlet, ziemniaki, browar.

A teraz idzie burza… Grzmi w oddali… Nie lubię tego zjawiska przeżywać w namiocie.

Fotogaleria – dzień 2

Rugia – dzień 3

Wczoraj wieczorem poszliśmy jeszcze do portu. Chciałam skorzystać z wi-fi, by przesłać relację i napić się czegoś zimnego z gazem. Burza wisiała nad nami. Kiedy wracaliśmy, zrobiło się złowieszczo i miałam wrażenie, że goni nas chmura (widać na zdjęciu). Ledwo weszliśmy do namiotu, zaczęło lać i tak już lało do rana. Burze w namiocie bywają ciekawe i zdecydowanie mniej ciekawe. Pamiętam jak na Puli przez nasz namiot płynęła rzeka.

Poranek powitał nas szarugą i zapowiedzią dalszych opadów. Sprawdziłam trzy prognozy. Każda mówiła, że nie będzie padać. Trudno było uwierzyć. Mokro, zimno, szaro. Poleżałam jeszcze w śpiworze wtulona w krzyśkowego pluszaka.

Robert przystąpił do robienia śniadania. W końcu również się przyłączyłam. Powstały jaja z boczkiem i masłem ghee. Pycha! I nagle… wyszło słońce! Zaraz po tym, jak w kawiarce zaparzyła się kawa.

Pojechaliśmy jeszcze raz do portu. Krzysiek chciał odpocząć :). To jego taktyka, bo port był przecież 500 m od kempingu. Ale była tam też taka budka „Eismanufaktur” – domowe lody. Nie mogliśmy przejść obojętnie.

Ruszyliśmy z Schaprode w stronę promu na Wittow. Dzisiejszy dzień nas zadziwił. Wreszcie z wiatrem lub przynajmniej z bocznym i po prawdziwych ścieżkach rowerowych. Do tego często nad morzem z widokiem na morze i na pola. Jedno, co się nie zmieniło, to smród. Dzisiaj glonów i psujących się ryb w Bałtyku.

Z dzieckiem na rowerze

Zajechaliśmy do Dranske – małej mieściny na cypelku. Totalny spokój i cisza, tutaj czas inaczej płynie. Jedna jedyna knajpa i – jak w wielu na Rugi
– Polak kelner. Krzycha zmogło, zasnął na ławce, ale w końcu zrobił sam 30 km. Wczoraj 20 km i przedwczoraj 30 km. Dzielny Zygzak McQueen, bo tak obecnie każe na siebie mówić.

Jazda z dzieckiem na rowerach to spore wyzwanie psychofizyczne. Umysł pięć razy bardziej skoncentrowany niż zwykle. Ruchy, jego tor jazdy, tempo – żadnej przewidywalności. Szybko, wolno, hamowanie z górki, nagłe skręty w bok. Po 2 km maksymalnej koncentracji czujesz się jak po 20 km jazdy pod górę. Krzysiek patrz przed siebie! (nadjeżdża samochód, włos staje dęba). A on ci: „Nie mów do mnie”. Krzysiek, uważaj, krawężnik! Sruuuu (płacz). „To przez tatę, bo za blisko jechał”. Następna godzina mija na stałym odpowiadaniu, dlaczego tata jechał tak blisko. Szkoda, że nie udaje mi się zapamiętać wszystkich tekstów Krzycha z trasy, a on stale mówi. Jedzie i mówi albo pyta. Przykładowo ostatnie 6 km na holu:

– Mamo, ciężko ci?
– Tak.
– A dlaczego?
– Bo Cię holuję.
– A dlaczego mnie holujesz?
– Bo przecież nie masz siły.
– A dlaczego nie mam siły?
– No tego nie wiem, zjadłeś pizzę i pospałeś sobie, to powinieneś mieć.

Za chwilę: „Chcę pić, bardzo chcę pić”, „Ale nuda na tym holu”, „Ale się zmęczyłem”, „Noooo maaaammmooo! Jedź prosto!”.

Po 36 km dotarliśmy na kemping w lesie. Za moment spacer po plaży. Tu morze jest jak morze, bo jest otwarte. A później piwo? Duże?

Przemyślenia po trzech dniach biwakowania

Na każdym kempingu unosi się woń nie grillowanej kiełbasy, lecz nafty lub innego dziadostwa do rozpalania grilla. Przecież ludzie to jedzą – kiełbasę nie dość, że spaloną ogniem z toksycznymi WWA i HCA, to jeszcze z oparami rozpałki. Smacznie i zdrowo!

Trafiliśmy do knajpy na piwo, a tam muza na żywo. No czad! 10 min później nasz Krzyś: „A możecie pić szybciej, bo ja chcę do namiotu gilgotać się”. Kochany, dba o rodzinne więzi. „No pijcie szybko!”.

Fotogaleria – dzień 3

Rugia – dzień 4

Zaraz po wyruszeniu z kempingu Krzychu zarządza przerwę na picie i siada na trawie.

– Krzychu, dopiero wyjechaliśmy, ciastka nic nie dały?
– Nie, hol coś da :).

Hi, hi! Inteligencik.

Zatem bez gry wstępnej pod wiatr, pod górę i z Krzychem na holu.

– Mamo, a co to jest kryzys?
– Zwykle pojawia się trzeciego lub czwartego dnia, kiedy nogi bolą już na samym początku trasy.
– To ja mam kryzys.

Aha… lekko nie będzie – pomyślałam – tym bardziej, że zapowiada się około 50 km, żeby dojechać w okolice Parku Narodowego Jasmund (super klify). Może się nie udać, zwłaszcza że dwóch mężczyzn marudzi. Jednemu trudno, to zrozumiałe, bo jego małe nóżki zrobiły w ciągu trzech ostatnich dni 80 km (Krzyś ma 5 lat), a drugi to raczej dla zasady.

Ruszyliśmy z Nonnevitz (Rainbow Kemping) na wyspie Wittow (część Rugi) bez śniadania. Kemping w lesie jakoś tak nie nastrajał jak zielona trawka boso o poranku. Krzychu najadł się ciastek (takie przekupstwo z naszej strony), a my jedynie wypiliśmy kawę (rytuał).

Dzisiaj był dzień pięknych widoków, miłych tras rowerowych, niestety często pod wiatr i niestety momentami masa turystów oraz bryczki jak na Morskie Oko. Reszta upłynęła miło – pogoda, słowotwórstwo Krzycha, milion pytań dla samych pytań, ze 20 fochów (część uwieczniłam na foto).

Kilka fochów Krzycha:

  • Najgłupijsza to ty jesteś :). Głupijsza od babci nawet (po tym jak się wywrócił).
  • Gupjicy jesteście! (po tym jak zatrzymaliśmy się, a Krzych chciał jechać dalej).
  • Co ja się z tą mamą mam (po tym jak zapomniał, że wyprzedza się z lewej, a nie po prostu się w kogoś – czyli mamę – wjeżdża) :).

Dzisiaj sporo tras wiodło pod górę. Zbliżyliśmy się do klifów. Większość Krzychu sam podjechł. Wow, dziś nie mogłam wyjść z podziwu. Po pierwszych 10 km na holu (po asfalcie) kazał się odpiąć, by szaleć po szutrze, kałużach i błocie. „Ale ostry zawodnik jestem. Nikt tak szybko pod górę jak ja nie wjeżdża. Prawda, mamo?”.

Na Kap Arkona pozwiedzaliśmy latarnie morskie. Pojawiły się ładne kościoły, jakieś zabytki i krowy. Na Jasmundzie zrobiło się jeszcze bardziej górzyście i krajobraz trochę jak z Mazur, trochę z Bornholmu. Po prostu ładnie i tak spokojnie.

Chemia w żywności!

Zatrzymaliśmy się w markecie po wodę i jajka. Krzyś poszedł z Robertem na zakupy… wyszedł że sklepu z niebieskimi miśkami. Wrrr :).

Chwilę później…

– A miśki są zdrowe? (po tym jak zjadł kilka żelkowych smerfów).
– Nie, Krzysiu. To chemia… – tłumaczę.
– Po tym się umiera – dodaje tata.
– Umiera?
– Tak, powoli… – tata nie odpuszcza.
– A dużo zjadłem tych żelków?

Hi, hi… Ojciec nastraszył syna.

– Mamo, a pianki są zdrowe?
– Nie, to też chemia!
– A u babci jadłem pianki i w przedszkolu też są.
– Krzysiu, a może chcesz miśki?
– Nie, mamo – to chemia! :).

Ciekawa jestem powrotu dziecka do przedszkola.

Zrobiliśmy dzisiaj 46 km. Ostatnie cztery dni to łącznie 155 km. Dzisiaj Krzyś przejechał ze 30–35 km i zaliczył sporo górek. Brawo! Ostatnie 6 km dla mnie to najdłuższe w całej naszej wyprawie! Krzych na holu, górki i pod wiatr. W sumie wyszło 300 m przewyższeń, a czułam się jak po 1500 m. To tak jakby jechać pod wiatr z rozłożonym spadachronem za sobą.

Dotarliśmy na kemping koło Nipmerow, skąd odchodzą szlaki piesze do Parku Narodowego Jasmund. Jutro dzień odpoczynku i chodzenia po klifach.

Fotogaleria – dzień 4

Rugia – dzień 5

Dzisiaj dzień chodzenia. Miał być odpoczynek, a wyszło jak zawsze, czyli o 18.00 poszłabym spać… Co jest niemożliwe, bo Krzychu – w przeciwieństwie do nas – ma sporo energii.

Obozujemy dwa dni w Nipmerow pod Parkiem Narodowym Jasmund. Obudziło nas piękne słońce i widok na pola. Biwakujemy na łące, więc śniadanie było boso na trawie. Dzisiaj serwowano jaja z boczkiem i sałatkę z pomidorów i papryki z octem jabłkowym. Do tego oczywiście kawa.

Poprali, pomyli …i wyruszyli szlakiem w stronę Königsstuhl. Miało być 3,5 km lasem (trasa tam i z powrotem miała mieć około 10 km). Wyszło prawie 18 km, do tego ponad 400 schodów, ze 100 m klifu w dół i to samo w górę. Opłacało się!

Widoki cudne zarówno z góry, z klifu, jak i z dołu, z plaży na klif. Te klify są z piasku i gliny i co roku około 20 cm pochłania morze. Już samo przebywanie na nich i pod nimi na plaży napawa grozą. W dotyku są klejące, gliniaste. Kiedy patrzy się w górę, widać nawisy z ziemi i korzeni z drzewami, których dni są policzone. Przy zejściu widnieje napis „na własne ryzyko”. Mimo wszystko widoki cudne i żal nie zobaczyć tego z bliska.

Na plaży ciepłe kamienie i chwila relaksu. Leżenie! Poszliśmy na krótki spacer. Niestety, miejscami sporo glonów i znajomy smrodek. Plaża momentami przypomina cmentarzysko zwalonych przez lata drzew o różnym stopniu rozkładu. Przypomina o tym, że proces niszczenia trwa. Coś umiera, coś się rodzi. Koniec jednego jest początkiem drugiego. Jak w życiu…

Victoriasicht

Poszliśmy jeszcze na Victoriasicht. Na metalową platformę wysuniętą nad klif. Z moim lękiem wysokości weszłam, ale odczuwałam ból w dole brzucha i paraliż nóg. Zawsze się pcham tam, gdzie się boję. Przełamywanie lęków pomaga mi przekraczać granice. Często wychodzę poza moja strefę komfortu. To gwarantuje rozwój. Ale to oczywiście mój sposób na życie (nie próbujcie tego na sobie, jeśli nie czujecie).

Po powrocie Krzychu namówił nas na minigolfa – oczywiście na jego zasadach – więc gra wymagała sporej dozy cierpliwości. A teraz jest 19:00, pijemy piwo i planujemy najbliższe dwa dni. Wracamy o dzień później. Nie wyrobiliśmy się z czasem. Mam nadzieję, że jutrzejsze zapowiedzi burz okażą się nieprawdą i reszta pójdzie zgodnie z planem. Biodro zupełnie przestało mnie boleć (przeszkadzało mi w Bieszczadach), bo na rowerze jest w odciążeniu. Boli za to nadgarstek, straciłam czucie w małym palcu i kawałku dłoni. To od jazdy z Krisem na holu. Być może za bardzo uciskam cieśń nadgarstka, którą już kiedyś miałam operowaną.

PS Dzisiaj pierwszy raz nie wiało. Aż dziwnie tak…

PS 2 Dzisiejsze aktywności Krzycha: spacer 18 km, 400 schodów w dół i 400 w górę, pokonywanie drzew, taniec na kamieniach, ping pong, golf, targanie kijów ze sobą po lesie. Chciałbym mieć tę MOC.

Fotogaleria – dzień 5

Rugia – dzień 6

Dzień powitał nas ulewą i burzą z piorunami. Jedna przechodziła, pojawiała się następna. Pomiędzy udało się wyskoczyć do toalety i po drobne zakupy (jaja, sok i ciastka dla Krzycha, kiełbaski).

W drodze do sklepu bezcenna dyskusja z Krisem:

– Mamo, kupisz mi Nutellę?
– Nie, to chemia.
Cisza…
– Jak to chemia, a w telewizji reklamują.
– Synu, telewizja kłamie.
Cisza…
– Jak to kłamie? Dlaczego?
– Żeby ludzie kupowali i chorowali, a później jeszcze kupowali leki.
Konsternacja…
– A ja u babci jem… I czipsy. A to też chemia?

Po przyjściu do namiotu: Tato, telewizja kłamie!

Gotowanie i śniadanie w namiocie. Nie jest to przyjemność typu zielona trawka pod stopami i słonko o poranku, ale ma swój urok, pomimo że ja zmarzluch nieco cierpię.

Jaki urok ma namiot?

Pewnie teraz ktoś się zastanawia, jaki urok może mieć zatem namiot? Deszcz, wilgoć, robale wszelkiej maści, ślimaki bezdomne w żarełku i pomiędzy naczyniami, toaleta i prysznic gdzieś w oddali, śniadanie – jak się je zrobi na kuchence, wieczne nierówności, twardo, przestrzeń ograniczona do szerokości śpiwora. Jak się jest z dzieckiem to przestrzeń ogranicza nie tylko śpiwór, ale i pozycja, w której dziecko śpi. Poszukiwanie w nocy pluszaków, sajgon w rzeczach, błoto w przedsionku i piasek na materacach. Jak się ma blisko „współnamiotników” to: chrapanie innych, płacz i fochy dzieci, głośne rozmowy. Uroki namiotowania :).

Jeżdżę na różne wakacje: z rowerem i rowerem z sakwami czy plecakiem, z plecakiem, śpiąc w schroniskach, kajakiem z namiotami, samochodem, do kwater, do drogich hoteli, kamperem, do domków. Każda wyprawa ma swój urok. I choć hotel jest wygodny, to wciąż (pomimo wieku) lubię wędrówkę z dobytkiem na plecach lub wyprawę rowerem z dobytkiem w sakwach. To jest takie dzikie, nieprzewidywalne, daje poczucie wolności, obcowania z naturą. Fajnie tak czasami wyrwać się z wygód, by je później na nowo docenić. Jak przyjemne jest własne łóżko, gdy wraca się po tygodniu spania na macie. Albo dostęp do lodówki, ciepłej wody, kanapy, restauracji, świeżych, pachnących ciuchów.

To jest dla mnie odpoczynek! Nie leżenie na plaży, nie all inclusive, nie drogie hotele, nie wyjazd do Egiptu, by spędzić tydzień leżąc nad basenem i popijając darmowe drinki. Każdy zapewne ma swój sposób na relaks.

188 km na liczniku

Dzisiaj, pomimo deszczu i zapowiedzi jego opadów przez cały dzień, skorzystaliśmy z chwilowego rozpogodzenia i spakowaliśmy się. Chmury wisiały nad nami. Około 11.30 ruszyliśmy w stronę Sassnitz – miasta z dużym portem i starym miastem. Chcąc ominąć ruchliwe ulice, wybraliśmy wariant leśny. Niestety, było sporo błota i wybrukowane ścieżki, ku fochom i nerwom Krzycha. Rower był porzucany ze 20 razy: „Nie, nie jadę dalej!”, „Znowu to błoto, głupie błoto, głupsze”, „Tata nie jest żadnym fajnym rowerzystą, jest po prostu głupim rowerzystą, bo mi hamuje”, „Mama noooo, głupia jesteś, głupsza od taty!”, „Nie musisz mi kolejny raz powtarzać, żebym uważał”. A za chwilę za sobą słyszę: „Mamo hamuję i uważam”.

Dzisiaj miało być 20 km trasy do miejscowości Osterseebad Binz, a wyszło nie wiadomo dlaczego 32 km… Krzych przejechał całość o własnych nóżkach. Dziś był dzień „foch nad fochy”. Po dotarciu do Binz okazało się, że na dwóch kempingach brakuje miejsc, a tego się nie spodziewaliśmy. Wróciliśmy 3 km na kemping typu Jugendherberge (schronisko młodzieżowe). Wjazd na tereny powojskowe napawał grozą, stare budynki bez okien, szarości, graffiti… Mieliśmy problem, aby namierzyć pole namiotowe i już chcieliśmy się wycofywać. Niestety, nie mieliśmy innej opcji. Dojechaliśmy do kwatery głównej, czyli schroniska, gdzie była jednocześnie recepcja. I tu było już zdecydowanie milej. Budynek nowoczesny, ładne sanitariaty. Pole namiotowe i schronisko giganty. No i wreszcie wi-fi. Mogłam zdać zaległe relacje.

Jutro planujemy zostać na tym samym polu namiotowym i objechać bez bagaży część wyspy: Granitz i Mönchgut. Ma być piękna, słoneczna pogoda. W poniedziałek powrót do domu. Mam nadzieję, że uda się wsiąść w pociąg z Binz do Stralsund. Niestety, droga powrotna rowerem jest trudna, bo brakuje po drodze kempingu, a mamy z 60–70 km do pokonania.

Do dzisiaj zrobiliśmy 188 km.

Fotogaleria – dzień 6

Rugia – dzień 7

W nocy jeszcze ostatnie podrygi burzy. Grzmiało i lało. Zaczęłam się obawiać, że pogoda, którą zapowiada Accuweather jest żartem, czyli informacja, że ma być bezchmurne niebo, to ściema. Rano otworzyłam oczy i rozglądałam się za promieniami słońca, ale ich nie widziałam przez namiot. Zerknęłam na zegarek – 7.00. Wyszłam z namiotu, a tu czyściusieńkie niebo, ani chmurki. To będzie piękny dzień, do tego jazda bez sakw. Bosko!

Śniadanie na trawce w promieniach słońca. Ostatnie takie śniadanie… bo jutro wracamy.

Ruszyliśmy około 10.00, sprawdziliśmy po drodze pociąg i możliwość wjechania do niego rowerem z przyczepką. Jutro o 10.10 ruszamy z Prora do Stralsund. Pociąg jedzie około 40 min i wysiadamy tam, gdzie zostawiliśmy samochód. Świetne rozwiązanie.

Trasy dla każdego

Trasy rowerowe w tej części wyspy są super rozbudowane i wiodą po prawdziwych, wytyczonych ścieżkach rowerowych po lasach, polach i wzdłuż dróg. Każdy wybierze coś dla siebie. Świetne oznakowane, masa drogowskazów, ale lepiej mieć mapę, żeby połapać się w tej pajęczynie szlaków. Do tego cudne widoki i piękne miasteczka, porty, zabytki, ciekawe budynki. Tutaj kursuje również zabytkowa kolejka Rasender Roland. Ciufcia co bucha parą. Na naszej trasie mieliśmy atrakcję, droga rowerowa prowadziła przez jezioro.

Trzeba było skorzystać z łódki. Jeśli człowiek miałby być szczupły tylko od aktywności fizycznej, to ten pan przewoźnik powinien być jak patyk czy suchar (a miał spory brzuch). Kursuje tam i z powrotem wiosłując, do tego sam ładuje i wypakowuje każdy rower. Te z sakwami czy przyczepki rowerowe sporo ważą. To tak jakby cały dzień był na siłowni, a mimo wszystko nie ma to wpływu na jego rozmiar brzucha :). Zatem aktywność fizyczna to nie wszystko. Stale powtarzam – dieta to 80%, a nawet 90% sukcesu w drodze do szczupłej sylwetki.

Dzisiaj wyszło nam 43 km, co daje 231 km w ciągu 6 dni jazdy (jeden dzień to wędrówki piesze po klifach). Mały bohater przejechał dzisiaj około 38 km.

Refleksja po tygodniu rowerowania – KASK!

Nie zgadzam się na jazdę bez kasku! Mogłabym powiedzieć – pół biedy, kiedy jedzie dorosły, ale tego powiedzieć również nie mogę.

Na rowerze o upadek bardzo łatwo, np. zagapienie się, dziura w ulicy, krawężnik, inny rowerzysta, przebiegające zwierzę, samochód, który zajeżdża drogę, umiejętności a trasa i podłoże. Krzychu w czasie tej wyprawy leżał średnio osiem razy dziennie, ile razy jechał po lewej stronie prosto pod koła innych rowerzystów, to trudno zliczyć. Raz byłam świadkiem jak Krzych zderzył się z innym dzieckiem. Oboje padli, tylko on miał kask, to drugie dziecko nie. Tym razem nic się nie stało.

Mnie osobiście kask co najmniej trzy razy uratował głowę, a może życie. Trzy bliskie mi osoby żyją dzięki kaskowi, ich wypadki były banalne, jedna osoba niestety nie żyje. Drobny upadek, uderzenie głową o beton, asfalt, drzewo czy krawężnik może skończyć się śmiercią. Ludzie jeżdżą z dziećmi w fotelikach bez kasków, dzieci jeżdżą bez kasków… Nie mogę tego pojąć. Nie potrafię się z tym zgodzić. Zbyt wiele widziałam, co ma wpływ na moją wyobraźnię. A jeśli dorosły jadący z dzieckiem w foteliku się wywróci, dziecko wypadnie i zginie, bo uderzy głową? Albo dorosły jadący bez kasku uderzy głową na oczach dziecka? Jaką traumę mu pozostawi? Dzieci na małych i dużych rowerach bez kasku… Rodzice! Zakładajcie dzieciom kaski ZAWSZE i sobie również. Nie myślcie, że tylko tu kawałek, co się może stać. Ten kawałek, ta chwila…. ta oszczędność, ta fatyga…

Fotogaleria – dzień 7

Podsumowanie Rugi – kilka praktycznych rad

W związku z wieloma pytaniami postanowiłam dopisać jeszcze kilka rzeczy, które mogą być interesujące lub możecie o nie zapytać.

Gdzie zostawiliśmy samochód?

W Stralsund na darmowym parkingu z tyłu dworca. W nawigację należy wpisać Bahnhofstrasse. To taki nieoficjalny parking, większa zatoczka, w której stoi masa samochodów, postawiliśmy więc i my. Po tygodniu samochód stał tak, jak go zostawiliśmy.

Od czego zacząć?

Warto mieć mapę lub zaraz po wjechaniu na wyspę na pierwszym rozwidleniu zrobić zdjęcie mapy, która pokazuje plan tras. Połowę Rugii przejechaliśmy tylko na mapie ze zdjęcia zrobionego telefonem. Najważniejsze, by wiedzieć, gdzie są kempingi, żeby nie jechać na ślepo. Inaczej można nocować pod drzewem, a nawet i tam nie, bo w wielu miejscach jest prywatna posesja lub park. W lecie trudno o wolne miejsca w kwaterach, a kempingi nie są gęsto usiane po wyspie. Na mapie ze zdjęcia widać wyraźnie, gdzie są kempingi. Niestety, po wjechaniu na wyspę nie mogliśmy nigdzie kupić mapy, pojawiła się dopiero na którymś z kempingów, co później ułatwiło nam podróżowanie. Szczególnie na wschodniej części wyspy nie było oznaczeń kempingów, więc dojazd do nich nie był taki oczywisty. Po zachodniej i północnej stronie na kempingi dociera się, jadąc drogą rowerową, więc nie ma problemu.

Czy można się zgubić?

Raczej trudno, ponieważ trasy są dobrze oznakowane. Charakterystyczne znaki wytyczające trasę są dookoła wyspy. Czasami na drodze pojawiają się znaki kierujące do miejscowości, które są poza trasą, ale trasa dookoła wyspy ma dodatkowe oznaczenia, więc łatwo się zorientować.

Kempingi

W zachodniej i północnej części wyspy rozłożone są co 25–40 km. Dlatego pomijając kemping, należy się liczyć z dodatkowymi 20–30 km trasy, co czasami jest zbyt dużym wyzwaniem.

Zostawianie rowerów i rzeczy

Po prostu opieraliśmy rowery o słup i szliśmy zwiedzać. Bardzo daleko od rowerów nie odchodziliśmy, ale jednak. Zostawiliśmy rowery z przyczepką i sakwami w porcie – poszliśmy do restauracji. Zostawiliśmy pod płotem i poszliśmy na molo. Czasami zapinaliśmy linką, ale co tam linka, skoro są sakwy i cały inny dobytek. Na wyspie jest bardzo dużo rowerów i wiele z nich jest po prostu opartych o coś bez zapięcia.

Na Bornholmie potrafiliśmy zostawiać wszystko, nawet sakwy z dokumentami i aparatem, tam zwiedzaliśmy więcej. Co do Rugii nie dowiadywałam się jak jest z kradzieżą, ale w końcu to Niemcy (czyli Ordnung muss sein) i za wielu obcokrajowców tutaj nie ma. Do tego wyspa słynie z rowerowania.

Na kempingach po prostu zostawialiśmy namiot, rowery, nasze rzeczy. Czasami zostawiałam dokumenty i pieniądze w namiocie. Często jednak miałam je przy sobie w przedniej sakwie. W sumie trudno zabrać wszystkie wartościowe rzeczy ze sobą. Nawigacja, ładowarki, bateria słoneczna, sprzęty elektroniczne – to wszystko jest cenne. Może miałam szczęście, a może jest taka zasada, że na kempingach się nie kradnie. Nigdy mi nic nie zginęło ani na Węgrzech, ani w Chorwacji, ani w Polsce (Kaszuby), ani w Danii (Bornholm), ani w Niemczech.

Sprzęt

Sprzęt zbieramy już od dawna, więc trudno dokładnie opisać wszystko, co mamy. Niestety, zakup wszystkiego naraz to ogromny wydatek. Rowery są uzbrojone w specjalne bagażniki przód i tył pod sakwy (trochę o tym tutaj), do tego mamy sakwy wodoodporne przód i tył Ortlieb, które umożliwiają jazdę w terenie. W cztery sakwy pakujemy się w trójkę (bierzemy minimum rzeczy, zakładamy pranie, które później suszyło się przytwierdzone do sakw – wyobraźcie sobie rower z dyndającymi majtami).

W cztery sakwy pakujemy się w trójkę (bierzemy minimum rzeczy, zakładamy pranie, które później suszyło się przytwierdzone do sakw – wyobraźcie sobie rower z dyndającymi majtami).

Przyczepka i namiot

Mamy jeszcze przyczepkę, w której wozimy sprzęt kuchenny (palnik, butle, garnki), namiot, śpiwory, samopompujące się maty, pluszaki Krisa, apteczkę, kosmetyczkę, szybkoschnące ręczniki. Niestety, taka przyczepka dwukołowa pomimo zalet (można do niej sporo zapakować i przytwierdzić na nią większy namiot oraz stolik), ma też wady. Jest niewygodna na wąskie trasy, brukowe drogi, wysokie krawężniki, szutrówki. Dlatego zamienimy ją na jednokołową, do tego drugi rower uzbroimy w drugi zestaw sakw. Jednak do przyczepki jednokołowej wchodzi dużo mniej sprzętu, więc to, co teraz jeździło w dużej przyczepce, rozplanujemy do sakw. Niestety nie wiemy, czy uda się włożyć taki duży namiot (po złożeniu jest kołem, to namiot z Decathlona 2’seconds 3 osobowy z dużym przedsionkiem, już go nie ma w ofercie), czy trzeba będzie kupić taki, który po złożeniu jest prostokątem. Mamy mniejszy namiot Husky, superlekki i superwodoodporny, ale nie ma przedsionka, co w deszczowe dni uniemożliwia jakąkolwiek działalność pozanamiotową.

O baterii słonecznej pisałam – okazała się idealnym rozwiązaniem, do tego miałam dwa powerbanki. Ładowaliśmy telefony, nawigację, Krisa ipada. Niestety, sprzęt typu nawigacja czy mój telefon, który ma Endomondo w tle i służy jako aparat fotograficzny musiał być kilkakrotnie doładowywany w ciągu dnia. Latarki mamy z Decathlona Clic Hike V2 Quechua, które można ładować i w różny sposób przytwierdzać.

Heading layer
Pobierz za darmo aplikację na smartfona i zacznij pracę nad swoją dietą!
Slider

Swoje jedzenie

Zabraliśmy ze sobą jaja – wytrzymują nawet wysokie temperatury, nie trzeba ich przechowywać w lodówce. Suszone kiełbasy i mięso również nie wymagają lodówki. Suszone owoce, miód, pasta kokosowa, masło Ghee. Resztę – warzywa, owoce, wodę – można kupować na bieżąco.

Jedzenie na mieście

Trzeba liczyć się z wydatkiem około 10–15 euro na osobę. Przeważnie pełny obiad kosztuje 10 euro, piwo duże około 3–4 euro, podobnie każdy inny napój. Przynajmniej raz dziennie jedliśmy w restauracji. W południe nie mieliśmy ochoty wszystkiego wyciągać i gotować. Dla dzieci dostępne są specjalne wersje – „Fur unsere kleine Gaste”. To przeważnie obiad w granicy 6–7 euro, czasami jak ktoś nie ma dużego głodu to i dla dorosłego wystarczy.

Internet

Niestety, niby Europa, a w sumie z tym trudno. Praktycznie nie istnieje coś takiego jak Hot Spot i możliwość korzystania w publicznej przestrzeni czy restauracjach. Można korzystać tylko na niektórych kempingach: 1 euro za godzinę, 2 lub 3 euro za dobę. Różnie i tylko w kilku miejscach.

O mnie – rady dla kobiet

Nie będę ściemniać, bo przecież widać, a widzę, że mi komplementujecie. Na wyjazdach się nie maluję, używam jednego kremu na bazie łoju (naturalnego) lub oleju kokosowego. Szampon mam naturalny John Masters Organics, tego samego używam do ciała (minimalizacja ilości butelek). Stosuję pastę do zębów Urtekram. Przed wyjazdem robię paznokcie – nakładam żel, a najlepiej hybrydę (czyli kolorowy żel). Wtedy codziennie są ładne, niezależnie od ilości zgromadzonego brudu :). Rzęsy zrobiłam metodą 1:1, przez co wyglądają jak pomalowane, a oko wygląda świeżo. Nie muszę się później wkurzać, że źle wyglądam na zdjęciach, że ktoś się mnie pyta czy chora jestem albo niewyspana (tak bywało). Nie używam żadnych podkładów. Tylko krem na twarz. To jest cała moja kosmetyka na wyjazdach.

Rugia - mapy - ajwendieta.pl (2)
Rugia - mapy - ajwendieta.pl (1)

Inne nasze przygody – relacje:

Prawa autorskie – zapoznaj się!

Autor



Iwona Wierzbicka

Podobne tematy

4 dni bez FaceBooka – dacie radę?

Siła nawyku jest ogromna, charakterystyczny ruch dłoni, włącz telefon, najedź na ikonę, chcesz czy nie chcesz mimowolnie już tam jesteś. Do tego ta cholerna ciekawość, ile mam lików

WIĘCEJ >

Dziennik Ajwen – pracowicie…

Ostatnio się zapuściłam z pisaniem paleo-jadłospisów i nie to że mi się nie chce, bardzo mi się chce…. ale… Po (…)

WIĘCEJ >

Paleo jadłospis 19-09-2014 ostrygi

Na przystawkę było carpaccio z ośmiornic, a na danie główne ostrygi i mule, do tego warzywa. Ośmiornice mi nie podeszły, choć kalamary uwielbiam. Natomiast główny punk programu – ostrygi – boskie.

WIĘCEJ >

Paleo jadłospis 23-09-2014

Mogłam na własne oczy zobaczyć co robi z ludzi nie wietrzenie. Tak sobie rozmyślałam jak ludzie w blokach zatykają wszystko co się da by tylko im ciepło nie uciekało, tym samym czadząc się w swoich...

WIĘCEJ >

Komentarzy: 1

  1. Aga 8 marca 2016 o 08:30

    Widzę, że Pani też figi i daktyle suszone preferuje jako uzupełnienie węglowodanów w trakcie długiej jazdy rowerem. Najlepsze, bo skoncentrowane źródło cukrów prostych i łatwo się trawią, nie zajmują wiele miejsca w żołądku, o wiele przyjemniej je zjeść i popić czystą wodą, niż napić się lepkiego, słodkiego napoju (miód,szczypta soli i świeżo wyciśnięty sok z cytryny w warunkach, gdy jadę na 50-70km przejażdżkę a nie kilkudniową wyprawę).

    Super sprawa.

Pozostaw komentarz

Trzeba się zalogować, aby dodawać komentarze.

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl