logo
Szukaj
open close
logo
Szukaj
Szukaj

Transcarpatia – 2009 – przygoda życia

Transcarpatia – 2009 – przygoda życia

transcarpatia_2009-340x512.jpg


Czy sukcesem można nazwać ukończenie tego wyścigu?

Jadąc  ostatni najdłuższy etap z Krempnej do Baligrodu miałam dużo czasu na myślenie. Tylko ja, mój rower i liczna grupa asystujących mi much. Myślałam sobie co ja opowiem znajomym, bliskim? Wrócę do klubu i usłyszę pytanie „jak było?” co im odpowiem?  – „fajnie”, „ciężko”, „to było najtrudniejsze co do tej pory przeżyłam” – przecież i tak nikt nie zrozumie. Na pytanie – „które zajęłaś miejsce?”, co im odpowiem? –„pierwsze, na jedną startującą kobietę”. Zobaczę tylko uśmiechy pod ich nosami, bo przecież jaka to sztuka zająć pierwsze miejsce na jedną jedyną jadącą kobietę w mojej grupie. Na takie przemyślenia miałam dokładnie 9 i pół godziny.

Zaczęłam składać sobie w głowie moją historię ostatnich 6-ciu dni…

…spróbujcie sobie wyobrazić, za sobą macie 5 długich dni jazdy, pupę i wszelkie części ciała na których się siedzi odparzone już po pierwszym dniu i od tego czasu są w coraz tylko gorszym stanie. Piechotą i na rowerze przeszliście i przejechaliście już grubo ponad 300km, 11tys przewyższeń (to tak jakby wejść 10 razy na Rysy z 14-to kilowym rowerem, ruszając spod Morskiego Oka). Kończy się Wam woda w bukłaku, w ustach od potu i suszy robi się aż gorzko, boli Was każda jedna część ciała, w płucach susza bo przez ostatnie dni tylko ciężko dyszały, żołądek skurczony do granic możliwości, wątroba pobolewa od spożywania tylko wysoce przetworzonej i skondensowanej żywności dla sportowców – żeli, batonów, farbowanych napojów. Na smaczne niegdyś Liony nie możecie już patrzeć, na samą myśl o nich robi się niedobrze, ale jakżesz znowu będą smakowały za kolejne 50km. Nie macie czasu na potrzeby fizjologiczne, na podziwianie widoków, które tu są po prostu przecudne, nie zatrzymujecie się kiedy chcecie, nie robicie żadnych przerw, ciągle kogoś gonicie, a trasa stale rzuca wam jakieś kłody pod nogi – szutr, kurz, luźne kamienie, asfalt z tak głębokimi dziurami, że można w nich dzieci kąpać, łąka, otchłań łąk, wszędobylski smród krowich kup. Nagle widzicie las, myślicie sobie – „nareszcie las i cień”, a tym czasem – trzeba wziąć rower pod pachę bo po wyrębie zostały powalone drzewa i koleiny tak potężne, że nawet najsprawniejsi nie ryzykowali jazdy, nie w ostatni dzień kiedy wszystko można stracić. Do zamknięcia mety zostały 2 godziny, szybko kalkuluję ile jeszcze mam przed sobą wzniesień, czy nie zgubię trasy – bo to przecież jest to rajd na orientację, czy na ostatnim zjeździe nie złapię kapcia. Myśli kotłują się w głowie. Może lepiej jechać teraz szybciej, żeby na ostatni wyjątkowo długi i kamienisty zjazd zostawić sobie czas na ewentualną awarię opony? Na niebie nie stwierdzam ani jednej chmurki, 40st w słońcu, na horyzoncie tylko łąka i perspektywa jechania kolejnych 20-tu km w pełnym słońcu. Zaczynam widzieć rzeczy których nie ma. Mam halucynacje tak jak podróżujący przez pustynię, wycieńczeni upałem widzą oazę, tak ja widziałam bufety z wodą których nie było, płaskie odcinki drogi których nie było, cień którego nie było. Ostatnie kilometry do mety – Bieszczady, moja ulubiona kraina, piękno w około które zamienia się w piekło, 10 czy 20km pod górę, to już nie ma znaczenia. Droga nie zachęca do jazdy, średnie tempo 6-10km/h, luźne kamienie powodują że opony się uślizgują, z każdym kolejnym zakrętem powtarzam sobie jak mantrę „to nie może być prawda, tylko mi się wydaje, znowu pod górę, to nie może być prawda”, wzrokiem hipnotyzuję wysokościomierz w moim liczniku rowerowym, chcąc przyśpieszyć wzrastanie wysokości na jakiej się znajduję. Wreszcie upragniona przełęcz, zjazd, żadnej awarii, meta… radość, żal, duma, smutek, błogość… miliony emocji przepełniają mnie w jednej sekundzie, wielka radość z ukończenia tego morderczego wyścigu miesza się ze smutkiem, że jutro już nie będzie tego całego rytuału, że nie spotkam na trasie znajomych mi już twarzy, że nie wypiję wieczornego piwka i nie poopowiadamy sobie o przygodach z trasy, że nie stanę na pudle kolejny raz. Czas do domu. Życie. Reality 🙂

Codzienne rytuały:

  • 6:00 pobudka, toaleta, organizacja – sprawdzenie pogody, przygotowanie mapy, przygotowanie ciuchów i akcesoriów (kask, licznik, bidon, okulary, plecak).
  • 6:50 zajęcia kolejki pod stołówką.
  • 7:00-7:20 śniadanie.
  • 7:30-8:00 pakowanie – trzeba zwinąć matę (spaliśmy w końcu na sali gimnastycznej na podłodze), spakować śpiwór, ubrać się a resztę rzeczy spakować do jednej jedynej torby jaką wolno było mieć.
  • 8:00 zdanie bagaży do przewożących je ciężarówek.
  • 8:00-8:30 planowanie trasy i spisanie jej na ściągawce, uzupełnienie bukłaka, napojów i batonów energetycznych
  • 9:00 start.
  • Tutaj różnie – od 16:00 do 19:30 powrót po całodziennych zmaganiach na metę.
  • Meta – posiłek regeneracyjny, mycie roweru – swoje trzeba było odstać w kolejce, odnalezienie swojego bagażu wśród 200-tu innych, znalezienie dobrej lokalizacji na sali gimnastycznej, o ile mogą tam być lepsze i gorsze lokalizacje, nadmuchanie maty, rozłożenie śpiwora, odnalezienie przyborów do kąpieli, kąpiel.
  • 19:00-20:00 (po 20:00 stołówkę zamykano) – kolacja.
  • 20:00 honoracja zwycięzców, rozdawanie nagród fair-play za okazaną dobroć innym (ja raz dziękowałam za cały rower, ktoś mi z kolei dziękował za całe moje koło).
  • 21:00 odprawa techniczna i omówienie trasy na dzień następny.
  • 22:00 spanie.

Największe moje przygody na trasie:

– w słoneczny dzień spadł grad – jedna jedyna chmura w słoneczny dzień zawisła nad moją głową, mało tego przesuwała się akurat zgodnie z moim kierunkiem jazdy.

Iwona Wierzbicka Transcarpatia 2009 Zaczęło kropić, za chwilę lać, trasa zmieniła się w błotne grzęzawisko, za chwilę już nic nie widziałam bo błoto spod przedniego koła obkleiło mi całe okulary. Początkowo myśl że z błotnikami jeżdżą tylko…. zamieniła się w pragnienie ich posiadania i myśl co za ciapa ze mnie, że ich nie wzięłam. Dojechałam do wyrąbiska leśnego, zgubiłam szlak, zabrnęłam z rowerem pod pachą w jeżyny i w tym momencie z deszczu zrobił się grad, grad wielkości ziaren grochu. Walił tak mocno i bezlitośnie, że stojąc w tym lesie czułam się jak na jakimś poligonie wojskowym. Na szczęście dojechały jeszcze dwie osoby, ktoś krzyknął pod drzewa, objęłam wielką sosnę i stałam tak przytulona do niej z 10minut. Słychać było stukot gradu o kask, ale ciało już tak nie obrywało. W jednej chwili zrobiło się potwornie zimno i biało. Pomyślałam – mamy zimę w lecie J. 20min później wyszło słońce i zrobiło się upalnie. Takie właśnie są góry. Taka jest właśnie Transcarpatia. Wynagrodziła czołówkę, zaatakowała średniaków, pozostawiła błotko i słoneczną aurę ostatnim.

– podejście na Policę – organizator nie chce wiedzieć co ja sobie wtedy pod nosem mówiłam, a już tym bardziej co myślałam. Stromizna taka, że aż achillesy skwierczały od naciągnięcia, do tego co chwilę wystawały korzenie utrudniające pchanie roweru. Postanowiłam, jak większość chłopaków zarzucić rower na plecy i wtedy siodełko zahaczyło się o nisko zwisające gałęzie, ruch pod górę został zakorkowany J Powiem, że nie była to prosta sprawa uwolnić się z kleszczy roweru i gałęzi, każdy krok w tył groził zjazdem na kolanach na innych uczestników i byciem przygniecionym przez własny rower.

– zjazd z Hali Miziowej stokiem narciarskim – pierwszy mój w życiu zjazd, który chciałam aby się skończył, a kocham zjazdy. Połączenie stromizny z kamolami, stromizną i jeszcze raz kamolami i poprzecznie biegnącymi systemami odprowadzania wody. Systemy odprowadzania wody to po prostu rów, na którego brzegach są dwa bale drzewa a w środku jeszcze większy rów. Rozpędzona do 40 lub 50km/h, nie widziałam bo wibracje zaburzyły mi pole widzenia J widząc owy system odprowadzania wody zaczynałam odmawiać pacierz bo na hamowanie było już za późno. Trzymałam dwa hamulce wciśnięte i rower jechał dalej, pomyślałam sobie przegrzały się, nie hamują, puszczę, dam im się schłodzić, ale wtedy się okazywało że jednak działały bo rower nagle zaczynał jechać jeszcze szybciej. Po zjeździe z tej fantastycznej trasy obie dłonie miałam w skurczu – dalej chciały hamować J

– problemy z amortyzatorem – w drugi dzień po skończeniu trasy podczas regulacji zepsuł mi się amortyzator, zablokował się w pozycji powolnego powrotu – taki amortyzator po wjechaniu na dowolną nierówność nie wybije z powrotem w górę, nie możliwe więc było pokonywanie na nim już żadnych zjazdów. Dzięki uprzejmości Łukasza z serwisu – otrzymałam od niego rower. Pożyczył mi swój rower. Nadmienię, że rower nie kosztował ani 5zł ani nawet 1000zł, a poza tym roweru i żony podobno się nie pożycza. Zrozumiał mój ból, bo tylko ktoś kto walczy w maratonie zrozumie jak to jest kiedy tylko z powodu sprzętu nie można walczyć dalej. Jeśli przytrafiają Ci się rzeczy niezależne od Ciebie i nie masz na nie wpływu – to boli najbardziej. 30min przed startem wsiadłam na nowy rower, zupełnie inny od mojego, bez tylnej amortyzacji, z wąską kierownicą, z zupełnie inaczej pracującymi hamulcami i przerzutkami – dałam radę. Kolejny dzień, serwisanci przywieźli mi nowy amortyzator, nie był to szczyt marzeń i nie był to mój ukochany, ale był – to było najważniejsze. Miałam swój rower i inny amortyzator. Pierwszy zjazd i parkowanie w jagodach. Pozbierałam się i na następnych  zjazdach byłam już bardziej ostrożna. Dziękuję Łukaszowi, Mańkowi i całemu serwisowi Bieniasz Bike z Tarnowa – jesteście wielcy.

Podsumowanie:

  • 250 uczestników – 129 ukańcza wyścig (awarie sprzętu, połamane ręce, problemy ze zdrowiem, słaba kondycja, przekroczenie czasu dojazdu do mety i różne inne o których wiedzą tylko Ci którzy musieli zrezygnować z dalszej walki lub po prostu się poddali).
  • Pierwsza wśród kobiet w kategorii indywidualnej, bo jedyna.
  • Pierwsza wśród kobiet w ogóle (były kategorie mix – kobieta-mężczyzna, ktoś mógł rower popchać pod górę, ktoś woził plecak).
  • 33 wśród 50 sklasyfikowanych mężczyzn w kategorii indywidualnej – w końcu z kimś trzeba się było porównywać.
  • 59 wśród 90 wszystkich sklasyfikowanych zespołów.
  • 450km i 14tys. przewyższeń w ciągu 6 dni.
  • Jechałam 44:35h.
  • Najlepsi jechali 29:44h.
  • Najdłuższy czas przejazdu to 61:58h 🙂 – najmilsi uczestnicy.

Czy się dziwię, że tak mało kobiet startuje w Transcarpatii? Nie 🙂

Iwona Wierzbicka

logoAjwen-exel

Autor

Podobne tematy

Moja przygoda z bieganiem i powrót do aktywności – początki

Bardzo nie lubiłam biegać!! Wciąż nie wiem czy to lubię, ale chyba powoli uzależnia. Moje postanowienia noworoczne były takie: podnieść (…)

WIĘCEJ >

Ajwen – Złote Myśli

Co jakiś czas coś wymyślę, jakieś powiedzenie, ciekawy zwrot, myśl, a żeby nie uciekło publikuję. Czyli Złote Myśli Ajwen.

WIĘCEJ >

Paleo jadłospis 13-11-2014 fermentowany tran

Olej fermentowany jest lepiej przyswajalny, jak każdy fermentowany produkt, jest bogatszy w składniki, których nie ma nawet na etykiecie, ponadto ten konkretny jest fermentowany na zimno, a producent zapewnia, że jest czysty od zanieczyszczeń

WIĘCEJ >

Paleo jadłospis 29-10-2014 dziwny dzień

Czasami coś powiem, czasami mam coś takiego dziwnego, widzę tego kogoś za kilka lat cierpiącego po operacji resekcji ważnych narządów życiowych, z workiem na kał, albo ostrzykującego się insuliną, rozdrabniającego pokarm i zażywającego garść leków,...

WIĘCEJ >

Pozostaw komentarz

Trzeba się zalogować, aby dodawać komentarze.

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl